Już prawie zapomniałam, jak to cudownie obejrzeć wieczorem z Przyjaciółką dobry film, pośmiać się zupełnie bez powodu, pogadać szczerze o wszystkim i o niczym, napić się ciepłej herbaty pachnącej jeszcze wspomnieniem świąt, cynamonem. A potem iść na spacer po cichym, wyludnionym już miasteczku, wśród księżycowej poświaty cudownie odbijającej się od wszechobecnej bieli... w otoczeniu śniegowych brylantów osiadłych na gałęziach uśpionych zimą drzew… Magia tkwiąca w najprostszych czynnościach i kontaktach międzyludzkich, o których się zapomina w pośpiechu codzienności. Dobrze spędzony czas, w wewnętrznym spokoju, którego ostatnio ogromnie mi brakuje… Cieszę się, że właśnie tak wyglądało moje zakończenie wczorajszego dnia. Właściwie, to nasze wspólne zakończenie dnia, do którego nikt inny się nie wmieszał, jak to zwykło bywać. I piękne sny aż do rana…
9 sty 2009
5 sty 2009
Jak narkotyk.
Dodaje motywacji, rozwesela, pobudza do działania, bądź wpędza w zamyślenie, nostalgię, pogłębia nastrój depresyjny. To dla mnie niepojęte, jak w jednej chwili mój nastrój może zmienić się tak diametralnie, jak myśli mogą przybrać całkowicie odmienny kształt, a samopoczucie obudzić się w totalnie innej postaci. Niezależnie od nas samych.
Lubię wykorzystywać tą magiczną właściwość Muzyki. Dlatego w Nowy Rok wchodziłam z „Ikarem” Iry w głowie, dlatego słucham Rammsteina, gdy czuję w sobie złość, dlatego tak dobrze myśli mi się przy Loreenie McKennitt. Długo by wymieniać…
Jak to kiedyś mądrze powiedział pan Adam Neste: „Muzyka to naprawdę mocny narkotyk. Może cię zatruć, podnieść na duchu lub sprawić, że rozchorujesz się, nie wiedząc dlaczego.”.
Zgadzam się z tym w pełni. … I idę sobie zaćpać.
2 sty 2009
Hepi Nju Jer.
I znowu posylwestrowo. Yhm, czas nieźle zapieprza przed siebie… Standardowo znalazłam chwilę, by pomyśleć o minionym roku. Zdziwiłam się, że tak wiele się zdarzyło. Z roku na rok moja lista podsumowań staje się dłuższa. Gdzie jest ta dziwna granica, gdy świat nagle staje się pełen wszystkiego? I… kiedy to się skończy? Nie umiem sobie odpowiedzieć, dlaczego życie czasem wydaje mi się tak puste, skoro żyję ostatnio wyjątkowo intensywnie.
Wiele wniosków z dwutysięcznego ósmego. Nigdy wcześniej życie tak mi nie dokopało, a jednocześnie dało tak wiele… Przybyło niejedno ciepłe wspomnienie, i choć teraz trochę mnie pamięć kłuje, to przecież za nic nie chciałabym zapomnieć o tym, co sprawiło mi tyle radości. Nic to, że nie wróci, a żal po tym zostaje. Można się uśmiechnąć do myśli, wystarcza… No, zazwyczaj wystarcza.
Przyplątało się też do mnie parę nowych blizn, uparcie przypominających mi o błędach, które niekoniecznie chcę znowu popełnić. Dlatego lubię blizny, trwałe ślady. To rodzaj historii, którą sami tworzymy, a następnie wypisujemy na własnej skórze. Cóż, że najczęściej przypadkowo, ale jednak.
Zastanawiam się tylko, jakimi katastrofami los w tym roku obarczy mi grzbiet, i jak będzie chciał mnie za to przeprosić… o ile przeprosi. A mam nadzieję, że nie zapomni o tym. W końcu nie taki z niego łotr, jak się czasem może wydawać.
30 gru 2008
Scena po scenie?
Dochodzę do wniosku, że człowiek jest stworzony do aktorstwa. Na każdym kroku odpowiednie miny, gesty, słowa, czyny… no wszystko, wszystko, by wypaść na scenie jak najlepiej.
Ale to już było. Motyw 'Theatrum Mundi' i toposy temu podobne, były często i gęsto rozpowszechniane. Mnie zaskakuje, dlaczego tak chętnie przyjmujemy swoje role, narzucane podobnież odgórnie. Lub czemu z takim zapałem sami piszemy dla siebie scenariusz i wiernie się go trzymamy.
Dlaczego tak ciężko być prawdziwym w każdym calu? Dlaczego budzi to w nas taką niechęć? Dlaczego, odrzucając jedną rolę, od razu brniemy w kolejną?
Damn, tak bardzo chciałabym z naiwną łatwością mówić, co myślę, robić, co lubię, nie udawać radości, której akurat wokół mnie nie ma; zwyczajnie, być po swojemu.
… tylko czy to możliwe w otoczeniu trupy aktorskiej całej ludzkości? Presja, presja, de-presja.
